TUF 13, epizod 3 – oglądalność

15 Kwiecień 2011
TUF 13, epizod 3 – oglądalność

Oglądalność pierwszych dwóch odcinków nie zachwyciła. Tym razem pojawiło się jednak światełko w tunelu, zarówno dla tych, którzy zarabiają na programie i widzów, którzy otrzymują z każdym odcinkiem trochę lepszy produkt. Słowo „trochę” jest tutaj kluczowe.

Trzeci epizod obejrzało 1,3mln osób, a więc 100 tys. więcej niż poprzedni. Ale to wciąż mniej niż premierowe półtora miliona.

Odcinek jeśli chodzi o samo reality show nie powalił. Jakieś ploteczki i obgadywanie, podejrzewanie o szpiegostwo na rzecz teamu dos Santos – to nie jest to, co ruszałoby prawdziwych fanów MMA, którzy widzieli awantury z poprzednich sezonów. Do tego ci smutni zawodnicy Lesnara, którzy niezadowoleni byli z bycia nazywanymi „chicken shitem” i Team dos Santos, któremu Junior nakazywał być „nice” i pocieszał ich, po ciężkim treningu ze swoim amerykańskim coachem – Lew Polleyem.

Myślę, że ludzie tworzący ten program mogli na czas nie zauważyć, że trochę brakuje w tym programie testosteronu. Sama atmosfera, choć niespecjalnie gorąca, nie została przynajmniej schłodzona. Rozmawiałem o nowym TUFie z kilkoma osobami i wszystkie stwierdziły, że był to o wiele lepszy odcinek, ale myślę, że to wynik przyzwyczajenia do nowych twarzy, no i samej walki.

A walka była naprawdę dobra. Len Bentley, pierwszy wybór Lesnara, zaczął ostro i już w pierwszych minutach walki zaliczył knockdown i był bliski skończenia przeciwnika. Ryan McGillivray nie był mu jednak dłużny i również zapunktował knockdownem. Obaj stworzyli niebezpieczne sytuacje w partrze, mogliśmy zobaczyć chociażby balachę i gilotynę. Nie zdziwię się, jeśli okaże się, że łokciowi Ryana potrzebna była po walce rehabilitacja.

Przy okazji znowu wykiwano widzów. Shogun, którego pokazywano w zapowiedzi tego epizodu, jedyne co zrobił to przybił piątkę zawodnikom i usiadł na trybunach oglądać sobie walkę. Nie tego oczekiwali fani Mauricio!

Myślę, że TUF 13 może jeszcze poszerzyć swoją widownię w perspektywie 2-3 odcinków, jedyne co musi dać od siebie, to jakieś gorące kłótnie między uczestnikami, o których będzie się mówiło na salach treningowych i siłowniach, wykorzystać produktywnie znane nazwiska z UFC i unikać takich zdarzeń, jak nieobecność trenera na walce swojego podopiecznego. Jeśli walki będą utrzymane na tym poziomie emocji, powinno być z górki.

Komentarze