
Cóż, mamy chyba pierwszy cud 2011-go roku, gdyż dzisiejszy Strikeforce poderwał mnie na nogi i wyleczył z paskudnej choroby, którą złapałem na ostatnim treningu. Nie od dziś jestem coraz większym fanem drugiej, największej organizacji MMA na świecie.
Zdarzało się kiedyś mówić: “Najpierw UFC, później długo, długo nic, następnie Strikeforce, Dream a później cała reszta.” Oficjalnie wymazuję część “długo, długo nic” a wręcz powiem więcej: “Pod względem efektów, Strikeforce rządzi!” Utwierdzam się w tym przekonaniu od jakiegoś roku lub więcej. Dowód? Siedem na dziesięć walk zakończonych przed czasem.
Czytaj dalej..









































