Czego się nauczyliśmy… po UFC 137

31 Październik 2011
Czego się nauczyliśmy… po UFC 137


Myśl przewodnia UFC 137? Powróciła era rzucania wyzwań…

Gala przednia, mógłbym skwitować, że UFC 136 było lepsze, ale po co. To tak jakby mierzyć za każdym razem, czy dzisiaj czułem się lepiej niż wczoraj. Na pewno nie można narzekać na main event – już sama atmosfera podczas ważenia udzieliła mi się niesamowicie, nie wspominając o tym, co działo się w walce i zaraz po niej. Legendy, takie jak Cro Cop czy BJ Penn skończyły swoje kariery MMA, ale to i tak Nick był tematem, który nie schodził z ust wszystkich zainteresowanych. Na konferencji prasowej po gali, dziennikarze rozmawiali wyłącznie z Diazem. Wariactwo!

Ok, ale zacznijmy od początku.

Hatsu Hioki vs. George Roop
Już na pierwszy rzut oka widać ogromną różnicę między amerykańskim a japońskim MMA. Silnym punktem zawodnika z kraju kwitnącej wiśni to przede wszystkim piękna technika, obalenia i zajmowanie dobrych pozycji. Czego zabrakło? Przede wszystkim wykończenia pięknie wypracowanych akcji.

Wniosek:
Roop doskonale wyeksponował wszystkie słabości japońskiego MMA. Po walce, doświadczony w boju Hioki zapewnił, że japońskie MMA nie umarło a wręcz przeciwnie. O ile jednak zawodnicy z kraju kwitnącej wiśni nie porzucą mitów związanych z treningiem, na rzecz zdroworozsądkowego myślenia, o tyle nie zobaczymy zbyt prędko kolejnej, azjatyckiej gwiazdy, rodem z czasów Sakuraby.

Jeff Curran vs. Scott Jorgensen
Kolejna walka w której zmierzyły się doświadczenie kontra młody zew krwi. Jorgensen sprowadza już na samym początku i przez najbliższe kilka minut testuje czarny pas jiu jitsu Jeffa, który pokazuje niezwykle kompleksowy parter. Cały czas kontroluje z pleców, sweepuje i natychmiast próbuje przejść do techniki kończącej. Siła bierze jednak górę i do końca rundy Scott utrzymuje pozycję dominującą.
W rundzie drugiej zapasy ponownie biorą górę. Pierwsze 1,5 minuty spędzają w klinczu po którym Jorgensen efektownie sprowadza. Curran zapina głębokie duszenie, jednak seria siłowych prób wykręcenia się z uchwytu, skutkuje udaną ucieczką. Jedyne co osiągnął Jeff to kolejny sweep i półminutowa kontrola z góry.
W ostatniej rundzie Jeff jest już wyraźnie szybszy w stójce. Pozwala sobie na dłuższe serie uderzeń rękami a Jorgensen wyraźnie wyczekuje na właściwy moment, aby skontrować. trzecia runda trwa tak do końcowych 30 sekund, podczas których Curran podejmuje bezskuteczną próbę sprowadzenia i skradnięcia cennych punktów.

Wniosek: Jiu-jitsu zaczyna powoli nie sprawdzać się z MMA. Oczywiście nie można kwestionować jego skuteczności, chodzi raczej o pewien zakres technik. Tu już naprawdę nie chodzi o to, aby znać milion technik a raczej o to, aby „masterować” podstawy. Dokładnie tak jak kiedyś robił to Minotauro.

Mirko Cro Cop vs. Roy Nelson
Trzecia z rzędu walka, gdzie spotyka się doświadczony zawodnik z zawodnikiem o znacznie mniejszym rekordzie. 40-ta walka Cro Copa przepełniona była obietnicami, tak jak w przypadku kilku ostatnich, sromotnych porażek. W tych przechwałkach była jednak nowość. Mirko zapowiadał, że może to być jego ostatnia walka. To wyznanie martwi przede wszystkim dlatego, że nie wiadomo z jakim nastawieniem Chorwat wyjdzie do pojedynku. Jak twierdzi, do tego starcia przygotowywał się aż 6 miesięcy, m. in. z Pattem Barrym.
Nelson z kolei zrzucił sporo tłuszczu i przybrał masy mięśniowej. Widać, że wziął sobie do serca uwagi Dany White po ostatniej walce. Dla obu zawodników było to „być albo nie być” w UFC, z tym że dla Mirko to już i tak było obojętne.
Tak jak przypuszczałem, Chorwat w walce prezentował mocno obcięty plan uderzeń. W pierwszej minucie zero uderzeń. W końcu Nelson sprowadza a Cro Cop wciąga go w gardę. Przez kolejne 1,5 minuty nic się nie dzieje i Filipovic wstaje. Gdzieś po drodze, Roy otrzymał jedno uderzenie, które zmienia jego oko w obitą śliwę. Widać, że Roy ma respekt dla uderzeń Mirko, zasłaniając się wysoko, za każdym razem kiedy ten sfinguje uderzenie. To idealny moment, aby wystrzelić słynnym, lewym kopnięciem na głowę.
W końcu Roy postanawia przejąc inicjatywę i nadaje tempa akcji, sprawiając, że Crop Cop się cofa. Widać, że Amerykanin odrobił lekcję, ponieważ kilka ostatnich pojedynków Filipovica,, pokazuje że ten zaczyna się gubić i męczyć, kiedy zostanie przyciśnięty. Taktyka działa, Mirko zaczyna ciężko oddychać i co rusz, poślizgnie się lub potknie.
Chwilę później to Roy popełnił błąd i przestrzelił uderzenie, na chwilę oddając plecy i pewną pozycję. Ten moment wreszcie postanowił wykorzystać Mirko, który okłada Roya jak Rocky okładał mięcho w treningowej chłodni. Twarz Roya wygląda coraz gorzej ale i Mirko oddycha coraz ciężej. Nelson z łatwością obalił Cro Copa i od razu wszedł do bocznej. Zawsze był dobry z tej pozycji, to właśnie w ten sposób pokonał popularnego Kimbo. Dwie minuty obijania twarzy Cro Copa z pozycji krucyfiksa wystarczyły żeby złamać Mirko, którego ratuje gong kończący rundę.
Do ostatniej rundy wychodzi już jednak bez wiary w siebie i Mirko poddaje się niemal na własne życzenie. Nie uderza, zasłania u jedynie ucieka. Postanowił ratować się zupełnie nieudaną próbą sprowadzenia a może to było nawet potknięcie. Roy wchodzi za plecy, rozciąga nogi i bezlitośnie okłada Cro Copa. Sędzie szybko przerywa pojedynek.

Wniosek:Trzeci pojedynek w którym doświadczenie przegrywa z młodością. Jednak co ważniejsze, trzeba wiedzieć kiedy powiedzieć sobie STOP.

Cheick Kongo vs. Matt Mitrione
Kiedy przyjrzeć się karierze Mitione’a, wniosek nasuwa się jeden – telewizja kłamie! Krzywy obraz TUFa pokazał go jako leniwego i zagubionego człowieka, który wdaje się w liczne konflity. Dzisiaj Matt wyraźnie wie czego chce.
Z drugiej strony mamy Cheick’a Kongo, zawodnika, który dwukrotnie powalił Caina Velasqueza na deski. Nie wolno zapominać o tym fakcie. Poza tym, w swojej karierze walczył z czołówką a w swojej dywizji wagowej, dzierży drugie miejsce pod względem celności uderzeń.
Od początku było widać wzajemny szacunek do siły uderzeń obu Panów. Pierwsza runda obfituje w zaledwie kilka uderzeń, o celnych nie ma co wspominać.
Za to w drugiej rundzie ostre wymiany w stójce to już codzienność. największe wrażenie na Mitrione robią low kicki Kongo. Cały czas Matt jednak napiera na Cheicka, zyskując z pewnością uwagę sędziów i stwarzając kilka dogodnych sytuacji.
Cheick wie, że walka była do tej pory wyrównana. w Trzeciej rundzie postanawia wykorzystać doskonałe warunki fizyczne i sprowadza już w pierwszej minucie. Brak mu jednak wykończenia ale i tak wychodzi zwycięsko z tej sytuacji, ponieważ rozcina łuk brwiowy Matt’a.
Kongo zauważył, że sprowadzenie zadziałało nader dobrze i szybko powtarza akcję. Ostatnia runda należy do niego i tym samym, prawdopodobnie przeforsował wynik pojedynku na swoją korzyść.

Wniosek: W wadze ciężkiej przydałoby się więcej techniki w parterze. Europejczyk, bez bazy zapaśniczej i BJJ, zdominował ciężkiego Amerykanina, który zapasy pewnie wyssał z mlekiem matki.

Nick Diaz vs. Bj Penn
Nie ma co ukrywać, ale 6 cali więcej do zasięgu Nicka, miało spore znaczenie dla tego co wydarzyło się chwilę później a ktokolwiek, kto liczył na podanie rąk przed walką, mocno się rozczarował.
Już w pierwszej minucie BJ postanowił sprowadzić, miałem jednak wrażenie, że Nick specjalnie nie oporował. On przecież czuje się doskonale w każdej sytuacji, zarówno na rowerze jak i w wodzie. Po obaleniu, Nick natychiast przetoczył i od razu przeszedł do próby poddania. Akcja jednak szybko przeniosła się z powrotem do stójki, gdzie trwała ostra wymiana uderzeń. Tak naprawdę, to właśnie stójka była jedyną szansą dla któregokolwiek z zawodników.
Obaj szybko zyskują po kilka ekstra siniaków na twarzy. W starym stylu, Nick przeprowadza kilka zaczepnych akcji, seriami lekkich uderzeń, zakończonych uderzeniem na ciało lub „policzkiem” w twarz. Koniec rundy pierwszej ale nie koniec wchodzenia w psychikę Penna, bowiem Nick zaczepnie szturchnął barkiem niższego BJ’a.
W rundzie drugiej, Nick o dziwo zbijał uderzenia bokserskie własnym czołem! Tradycyjnie poobijany na twarzy, Diaz skraca dystans i od tej pory wyczekują już wzajemnych błędów, karząc się wzajemnie raz za razem.
To niesamowite, ale taktyka Diaza za każdym razem wygląda tak samo i także tym razem, zaczyna działać. BJ oddycha coraz ciężej i zwalnia tempo. Nick z łatwością powstrzymał sprowadzenie BJ’a, wyraźnie podłamując jego pewność siebie. Nieustanną presją, Diaz wymusza ciągły ruch swojego przeciwnika i ten ledwo już słania się na nogach. Nieustanne serie lekkich, lecz celnych uderzeń pod różnymi kątami, przerywa sygnał kończący druga rundę. Dobrze, bo to mógł być koniec BJ Penna.
Na rozpoczęcie ostatniej rundy, zawodnicy stoją od razu około metra od siebie, dzieli ich tylko sędzia, który daje sygnał do rozpoczęcia. Panowie natychmiast zaczynają tam, gdzie skończyła się druga runda. BJ trochę odzyskał siły i ostra wymiana jeszcze bardziej wzmaga się. Zawodnicy walczą z zakrwawionymi twarzami do samego końca. W geście zwycięstwa, Nick natychmiast unosi ręce do góry, biega po oktagonie i klnie w kierunku Georgesa St. Pierre. Walka z BJ’em w chwili kiedy się skończyła, przeszła do przeszłości i czas na kolejne wyzwania. Udaje mu się, Dana White zapowiada, że Carlos Condit zgodził się poczekać. Kolejny do GSP będzie Nick Diaz.

Wniosek: Era trash talkingu powraca. Zawodnicy znowu mogą swobodnie wywoływać się wzajemnie do walki. Presja ze strony rozżarzonych do czerwoności fanów, wymusza na organizatorach przyzwolenie do takich zachowań. Cóż, nawet król musi słuchać głosu ludu.

Komentarze

  • F. Georgiew

    Z BJJ jest trochę inny problem. Nie wsytarczy się pokulać w klubie BJJ żeby stosować je w MMA. I dość głupie jest, jak zawodnicy zaczynają z przyzwyczajenia „pływać” po przeciwniku po zajęciu dobrej pozycji, tak jak Penn z Diazem. Sparringi BJJ w klubach powinny być zawsze z uderzeniami i śliskimi przeciwnikami – może nawet nawazelinowanymi. Dużo zadaniówek, dbania o utrzymanie pozycji. Kto wie, jak skończyłaby się walka Penn vs. Diaz, gdyby BJ zutylizował prościej dobrą sytuację, w której znalazł się na początku rundy.