Rampage i jego rachunek sumienia

22 Marzec 2012
Rampage i jego rachunek sumienia

Relacje popularnego „Rampagea” z UFC od dawna przypominają jazdę po polskich drogach. Przez chwilę gładki odcinek, by za chwilę wpaść w pasmo dziur i tak na przemian. Ostatnio jednak zawodnik wyraźnie daje do zrozumienia organizacji, że zamierza wkrótce odejść. Maksymalnie, czeka go prawdopodobnie ostatni rewanż z Shogunem.

Kilka dni temu nastąpiła jednak dziwna zmiana, ponieważ w wywiadzie dla sherdog.com Quinton przejawił się jako postać pokorna i wyznająca pokutę za grzechy. Brzmi trochę jak w czasach po drugiej porażce z rzędu z Wanderleiem Silvą (Pride FC).

„Rozumiem ich, ponieważ fighterowi w każdej chwili może się coś przydarzyć i może nie walczyć, zostać zranionym a oni przecież inwestują pieniądze w promocję jego walki a na koniec okazuje się, że nie mają swojego produktu. Rozumiem to. Chcę jedynie, żeby UFC zrozumiało, że ja również muszę promować swoją markę.”

Relacje Jacksona może nigdy nie były wzorcowe, ale zawsze miał spore fory w ZUFFA. Działo się tak głównie za sprawą jego charyzmy, która doskonale sprzedawała kolejne walki. Kiedy Quinton postanowił w 2010 roku zdzielić plany UFC w łeb – grając rolę w kinowej wersji „Drużyny A” – jego kontakty z organizacją uległy mocnemu ochłodzeniu.

„Wiem, że schrzaniłem w relacjach z nimi robiąc film, zamiast walczyć z Rashadem Evansem. To była moja wina. Muszę to przyznać, zrobiłem to. Nawaliłem. Powinienem był uhonorować mój kontrakt i walczyć od razu z Rashadem zaraz po Ultimate Fighterze. Zanim to się stało, Dana i ja trzymaliśmy sztamę. UFC było wobec mnie w porządku, tak samo Lorenzo i reszta. Wszystko było dobrze, ale schrzaniłem nasze relacje robiąc ten film i jestem tego świadomy.”

Film był dla Rampage’a kwintesencją jego młodzieńczych marzeń, kiedy oglądał serial z ojcem i pozostały w jego pamięci jako jedyne wspomnienia sprzed rozwodu rodziców. Kiedy pojawiła się możliwość zagrania w młodzieńczym marzeniu, nie wahał się ani sekundy.

Teraz, kiedy do końca kariery pozostało bardzo niewiele walk, Amerykanin chce przede wszystkim pomścić swoje najdotkliwsze przegrane z przeszłości. Jeszcze niedawno głośno mówiło się o pojedynku z Shogunem, ale teraz kiedy okazało się, że czeka go operacja na kolana, nic już nie jest takie pewne.

„Chcę rewanżu z każdym kto skopał mi tyłek. Prosiłem o Forresta Griffina przez lata. Nie wiem dlaczego nigdy do tego nie doszło. Wolałbym jednak najpierw zawalczyć z Shogunem, ponieważ na możliwość zemsty na nim czekam już dobre kilka lat. Więc tak, chcę najpierw Shoguna. Byłoby idealnie. Jestem z tym szczęśliwy i planuję, żeby był to mój ostatni pojedynek w UFC.”

Jego słowa są o tyle niezrozumiałe, że jeszcze niedawno odszczekiwał w kierunku King Mo, że nie ma zamiaru schodzić do drugiej ligi, tylko po to żeby mogli razem walczyć, by chwilę później, światło dzienne ujrzał wywiad w którym mówił, iż jest już za słaby na UFC i chciałby walczyć gdzie indziej. Podobno są propozycje od Bellatora i King of the Cage. Czy rozrywkowy zawodnik, jakim bez wątpienia jest Quinton Jackson, poradziłby sobie z o wiele mniejszym rozmachem, jaki niosłaby za sobą nowa promocja? Śmiemy wątpić i zawodnik jedynie to potwierdza.

„Jeżeli nie będzie nikogo dla mnie żebym mógł z nim walczyć, wówczas nie będę już występował. Nie muszę już walczyć. To jest to czego fani nie rozumieją. Mam inne rzeczy, które dzieją się w moim życiu.”

Komentarze

  • DanteV

    Ma jazdy jak po swoim ro(i)ad rage’u.
    Albo depresja maniakalna.

  • Artur

    Tez miałem takie jazdy ( z kobieta) na cyklu. wiec normalne.